Strona główna Rozwój Jak nie zrujnować sobie życia, czyli praktyczny poradnik podparty życiowym doświadczeniem autora

Jak nie zrujnować sobie życia, czyli praktyczny poradnik podparty życiowym doświadczeniem autora

rosnijwsile.pl Jak nie zrujnować sobie życia, czyli praktyczny poradnik podparty życiowym doświadczeniem autora
rosnijwsile.pl Jak nie zrujnować sobie życia, czyli praktyczny poradnik podparty życiowym doświadczeniem autora

Statystycznie 8. na 10. Polaków nie jest zadowolonych ze swojego życia. Bierze się to stąd, że zamiast doceniać i wykorzystywać szanse jakie daje nam Wszechświat, my, popadając w pułapkę myślenia, robimy czasem na przekór wszelkim znakom. Oto kilka praktycznych porad podpartych osobistym, życiowym doświadczeniem, z których staram się czerpać mądrość i dziękować za nie każdego dnia.

Jak nie zrujnować sobie życia, oto praktyczny poradnik podparty życiowym doświadczeniem autora

Skrajna samotność

W Internecie, o czym być może już wspominałem w którymś z poprzednich tekstów, znalazłem pewien cytat, który idealnie pasuje do mojej historii. Brzmi on następująco: Jeżeli nie pokochasz samego siebie, będziesz bardzo głodny miłości a głodny zje nawet ze śmietnika.

Całe dotychczasowe życie, odkąd sięgam pamięcią, czułem się odrzucony przez społeczeństwo, czego dowodem były szkolne prześladowania w okresie gimnazjum. Wychowałem się w ubogiej rodzinie rencistów, jako najmłodszy z trojga dzieci, urodzony 16 lat po ostatnim dziecku. Moja nieżyjąca Mama zakodowała mi, że jestem inny. Może nie gorszy, choć nie potrafiłem interpretować tego inaczej, ale inny. W domu była bieda a Rodzice, chorzy umysłowo, choć w głębi duszy dobrzy ludzie, potrafili dbać wyłącznie o siebie. Nie było na jedzenie, ale na alkohol już tak. Na to wydawał pieniądze mój Tata. Mama kochała kartki (widokówki), zdjęcia i na swoje własne przyjemności, potrafiła wydać wszystko, co miała. Szedłem przez życie wyobcowany, w poczuciu skrajnej samotności.

Czy jednak byłem samotny?

Tak naprawdę nie znałem innego świata poza domem rodzinnym. Nie chciałem go poznawać. On mnie po prostu nie interesował. Starsza o 18 lat Siostra i Brat, starszy ode mnie o 16 lat, sami weszli w role moich rodziców a przecież jestem ich bratem a nie synem… Więc dochodzę do wniosku, że nie byłem samotny a przynajmniej nie tak skrajnie jak mi się wydawało. Niestety, nieświadome kodowanie mnie przez Rodziców sprawiło, że nie chciałem przyjaźnić się ze starszym Rodzeństwem. W jednym ze swoich utworów Rafał Brzozowski śpiewa: „Przecież dobrze wiesz, na dobre i na złe ktoś obok jest”. Przez lata żyłem z tym podświadomym przekonaniem, ale korzystałem z niego w najgorszy z możliwych sposobów.

Zatracony we własnym świecie

Jako dziecko żyłem w swoim własnym świecie. Każdy z nas zapewne to przechodził. Jako dzieci potrafimy stworzyć sobie równoległy świat. Ja w tym swoim świecie zatraciłem się na amen. Uciekłem w niego całym sobą, niemalże całą swoją świadomością. Moją inność utwierdzili we mnie nauczyciele, począwszy od wychowawczyń z przedszkola. Całe swoje dzieciństwo i nastoletnie lata byłem diagnozowany przez pedagogów, psychologów, psychiatrów. Nad naszą rodziną pieczę sprawował kurator, który postawił sobie za cel umieszczenie mnie w placówce lub rodzinie zastępczej. Ostatecznie, mimo wielu przesłanek, Sąd nigdy tego wniosku nie uznał. Dziś stwierdzam, że tę intencję skutecznie, choć nieświadomie, zamanifestowałem. Mojego Taty bali się nawet sędziowie…

Nie tylko inny

Kiedy zacząłem sprawiać problemy wychowawcze, ponieważ nie potrafiłem poradzić sobie z otaczającą mnie rzeczywistością, którą porównywałem do innych, można powiedzieć, równoległych rzeczywistości, uznano mnie nie tylko za innego, odstającego od normy człowieka ale też złego. Nikt nie był w stanie zrozumieć mojego gniewu i złości, która objawiała się między innymi nakierowaną na siebie samego autoagresją, od której w moim życiu nastał „czas tłumaczenia się” po sądach. Choć do tej pory nigdy nie złamałem prawa, zostałem uznany za przestępcę społecznego, moralnego – złodzieja, oszusta i kłamcę.

30 czerwca 2008 roku

30 czerwca 2008 roku umiera mój Tata. Rodzice nie mają kontaktu ze starszym synem. On nie chce przyjechać na pogrzeb ale ostatecznie się zjawia. Jest to pierwsza poważna próba ratowania mnie przede mną samym. Nagłe pojawienie się Brata, którego praktycznie nie znałem, wywraca mój świat do góry nogami. Między nami iskrzy i bynajmniej nie są to iskry pokoju, jeżeli w ogóle takowe istnieją… Życzę mojemu Bratu, który po pogrzebie Taty wraca za granicę, wszystkiego najgorszego, włącznie z katastrofą lotniczą.

Dziś dziękuję Wszechświatowi, że nic takiego się nie stało. W 2008 roku mam 16 lat. Trafiam do szkoły specjalnej, wykorzystując pewną lukę prawną. Pod koniec gimnazjum mam przyznany indywidualny tok nauki. Objawia się moja miłość do pisania i niechęć do przedmiotów ścisłych, których nie rozumiem. Przez 9 lat publicznej edukacji (6 lat podstawówki i 3 lata gimnazjum) moja średnia wynosi około 2,0-2,5. Jest to kolejny gwóźdź do trumny, w której leży już moje poczucie własnej wartości.

„Bo jesteś jak Ojciec”

Całe życie jestem ustawiany do roli. Czuję się ustawiany do roli. Katarzyna Miller, psycholog i terapeutka, do której wiedzy często się odwołuję właśnie za to karci współczesnych rodziców – za ustawianie dziecka do ról społecznych. Uważa ona, że dziecku należy się szacunek a tymczasem dorośli ludzie są współcześnie ofiarami procesu wychowania. Nie tak dawno psychoterapia pokazała mi, że nikt nigdy albo bardzo rzadko mówił mi rzeczy w stylu „Dobra robota”, „Najważniejsze jest to, że jesteś”.

Moje otoczenie wyszło z założenia, że jak będzie piętnować moje wady a omijać zalety, będzie mnie motywować do zmian. Efekt? Odwrotny do zamierzonego. Jeżeli jesteś rodzicem, proszę, nie popełniaj tego błędu… Wyposaż swoje dziecko w najlepsze emocje, pamiętaj o jego wrażliwości i o tym, że kara nic nie wnosi, niczemu nie służy. Co innego – rozmowa. Więc mnie porównywało się do trzech osób: „Bo jesteś jak Ojciec”, „Czemu nie jesteś jak twoja Siostra?!”, „Czemu nie jesteś jak Twój brat?!”. Siostra jest najbardziej udanym potokiem w rodzinie, Brat w końcu wyszedł na ludzi a ja… ze mnie to już nic dobrego nie wyrośnie…

2,5 roku później

12 grudnia 2010 roku, na skutek choroby nowotworowej umiera moja Mama. Choroba daje znać o sobie jeszcze przed śmiercią Taty. Na wszystko jest już właściwie za późno. Brat dochodzi do wniosku, że całe leczenie naszej Mamy to było tylko przedłużanie i tak już bolesnej agonii. Mam wówczas 18 lat. Chodzę do szkoły, w której bez problemu odnajduje się pośród upośledzonych i zaburzonych kolegów i koleżanek, którzy stają mi się bardzo bliscy.

Niby szkoła specjalna, niby poziom nauki dopasowany do indywidualnych możliwości, ale wszyscy upierają się, bym zdał egzamin zawodowy z małej gastronomii i mnie do niego przymuszają, bo jednak inteligencją przewyższam pozostałych uczniów. Tutaj, w kształceniu zawodowym kończy się taryfa ulgowa. Egzamin praktyczny zdaję dosłownie cudem, mieszcząc się w minimum 75% zdobytych punktów. Po śmierci Mamy, nie mogę powiedzieć, iż nie miałem wsparcia Wszechświata w osobach z mojego najbliższego otoczenia. Nie wiem jednak, czy je w pełni wykorzystałem. Od początku wiem jedno, po śmierci Mamy na pewno nie zostałem sam!

Nie relacja a toksyczne przywiązanie

Mój Brat spędził ze mną pół roku po śmierci Mamy, za co jestem Mu ogromnie wdzięczny. To, że tej wdzięczności jakoś nie potrafiłem mu nigdy okazać, to już inna para butów. Po 2010 roku utrzymywałem się z renty rodzinnej. Warunkiem było utrzymanie procesu kształcenia do 26 roku życia. Szukałem swojej drogi w administracji, florystyce, ekonomii, terapii uzależnień ale szukałem na próżno. W międzyczasie byłem oskarżany, że żadnego kierunku nie skończyłem i że zależy mi tylko na pieniądzach od państwa. A ja chciałem mieć jakiś zawód, bo wiedziałem, że kucharzem małej gastronomii nigdy nie będę.

Moje marzenia zawodowe wielokrotnie ulegały zmianom. Renta wpływała na konto, Brat wspierał finansowo, więc do pracy nie paliło mi się iść aż do… 2020 roku. Dziś dochodzę do wniosku, że nie zbudowałem z Bratem relacji a jedynie toksyczne dla nas obu przywiązanie. Dawał to brałem i nie robiłem nic więcej. Tak jest najprościej. Tak łatwo się zatracić.

Liceum ukończyłem wieczorowo po skończeniu szkoły zawodowej w trybie specjalnym ale do matury nie podszedłem. I to był jeden z największych błędów mojego życia. Po pierwsze powtórzył się schemat z lat szkolnych (podstawówka i gimnazjum) a po drugie, zadziałał efekt domina. Daliśmy się przekonać nauczycielce, że i tak będziemy mieć średnie wykształcenie a podchodzenie przez nas do matury to strata czasu, bo i tak nic z tego nie będzie… Do liceum przyszło 40 słuchaczy. Do matury chciała podejść połowa a wobec postawy nauczycielki, ostatecznie do egzaminu dojrzałości podeszło kilka osób z kilkunastu chętnych.

Stosowanie życiowych zamienników

Ponieważ moi Rodzice mieli odpowiednio 42 i 48 lat jak przyszedłem na świat, z każdym kolejnym rokiem byli coraz starsi, coraz bardziej nieprzystosowani i ograniczeni. Więc ja szukałem znajomych, najpierw zbliżonych do wieku moich Rodziców, bo z nimi i tylko z nimi spędziłem całe swoje dzieciństwo i to oni, tak a nie inaczej, mnie ukształtowali. To też nie był najlepszy wybór.

Mając te 18 lat zaprzyjaźniłem się z sąsiadką, kobietą w wieku zbliżonym do mojego Taty. Zmanipulowała mnie do tego stopnia, że przez kolejne 2-3 lata, nie potrafiłem się z tej znajomości wyplątać. Cierpiałem, bo wykorzystywała mnie na wszelkie możliwe sposoby a jak coś jej nie pasowało, potrafiła znęcać się nade mną psychicznie oraz szantażować mnie emocjonalnie. Nawet interwencja mojego Brata, który był wówczas za granicą, nie pomogła. Stałem się jej ofiarą, do tego stopnia, że potrafiłem godzić się na to, by molestowała mnie seksualnie.

Dziś kobieta ta nie żyje. Wybaczyłem jej wszystko, ale przed jej śmiercią nie znalazłem w sobie odwagi, by się z nią pożegnać, by powiedzieć, że jej wybaczam. W tamtym okresie zmagałem się z gwałtownymi napadami padaczkowymi, więc moja „przyjaciółka”, która chciała mi być matką i kochanką zarazem (tak to interpretuję) być może kilkakrotnie uratowała mi zdrowie a nawet życie. Za to jestem jej wdzięczny.

Zmiana strategii

Ze szpon tamtej kobiety, uważam, że pomogła mi się wyrwać dopiero moja daleka kuzynka. Pomogła mi się wyrwać z jednego a pozwoliła wpakować w drugie. Uważałem ją za swoją przyjaciółkę. Widziałem w niej alternatywę dla zbudowania bliskiej relacji, której nigdy nie udało mi się zbudować z moją rodzoną Siostrą. Ona była dla mnie jak Siostra.

B. przewijała się przez moje życie od samego dzieciństwa. Nasze Mamy przyjaźniły się. B. była w wieku mojej Siostry. Znów zadziałał schemat. Wiodła życie na wysokim poziomie, głównie dzięki temu, że zabezpieczyła ją finansowo E., jej rodzona Matka. W 2012 roku B. była po odwyku. Leczyła się w zamkniętym ośrodku dla osób uzależnionych. Jest alkoholiczką. Przez około 4 lata starała się, wierzyłem, że żyła w trzeźwości. Prowadziła dochodowy biznes, jej mąż także świetnie zarabiał. Mieli syna. Niestety zrujnował ich alkohol. Jeżeli dodamy do tego nieodpowiednie towarzystwo, przepis na katastrofę mamy gotowy. Z B. potrafiłem rozmawiać o wszystkim i o niczym, szczerze, całymi godzinami.

Uwierzyłem w tę „przyjaźń”, bo czułem się wysłuchany, akceptowany, rozumiany. Czułem, że wiele nas łączy. Tak więc po erze znajomości „na rodzica” przyszła w moim życiu era na znajomość „na brata i siostrę”. Zmiana strategii polegała na tym, że wiekowo dobierałem sobie znajomych najpierw pod kątem Rodziców, potem starszego Rodzeństwa.

Nic nie może wiecznie trwać

Kiedy B. i jej mąż postanowili wrócić do nałogu, chciałem za wszelką cenę, kosztem samego siebie, im pomóc. Wtedy to zapomniałem o sobie. Wówczas straciłem siebie. W 2017 roku komornik eksmitował ich z mieszkania. Prawdopodobnie za niepłacenie czynszu nowemu właścicielowi ich mieszkania. B. na moich oczach staczała się na dno. Sąd rodzinny ustanowił babcię ich syna, teściową mojej „przyjaciółki” rodziną zastępczą.

W międzyczasie w moim życiu pojawił się następny „kolega”, przy pomocy którego wpadłem w długi rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Dziś wiem, że nie miał mi czym imponować a jednak okręcił sobie mnie wokół małego palca. Potrafiłem rzucić wszystko, niekiedy wbrew sobie, żeby zrobić to, czego on ode mnie oczekiwał a oczekiwał tylko jednego – pieniędzy, alkoholu lub papierosów. Poznałem go mniej więcej między 2015 a 2017 rokiem. Kiedy powiedziałem mu, że czuję się przez niego wykorzystywany odparł mi: „No przecież się dajesz”… Czy to cokolwiek zmieniło? Nic. Im więcej on chciał mi zabrać, tym więcej ja chciałem mu dać. Wiecznie coś mi obiecywał, wiecznie do czegoś namawiał. Od siebie nie dał nic. Ode mnie wziął wszystko, co mógł a potem urwał ze mną kontakt.

Nic jednak nie może trwać wiecznie. W 2020 R. umiera. Pod koniec jego życia nie mam już z nim żadnego kontaktu. W międzyczasie przyjeżdża do Polski mój Brat. R. wybaczam, całkiem świadomie. Zmarł na kilka, może kilkadziesiąt dni przed rozprawą w sądzie. Podobno uznał swoją winę i chciał dobrowolnie poddać się karze za oszustwo na moją szkodę. Nie poszedłem na jego pogrzeb. Nie znalazłem w sobie tej siły, ale wierzę, że ta znajomość także była po coś.

Jeszcze jedna postać

Jest maj 2019 roku. Leje jak z cebra. Dzwoni do mnie D. Kiedyś, kiedy byłem małym dzieckiem, mieszkała po sąsiedzku, na tym samym osiedlu. Przyjaźniła się z moją Mamą. Wiem, że ma kłopoty, w sumie, podobne do moich, czyli finansowe. W domu także, z tego, co mi opowiada, nie dzieje się dobrze. D. jest prostą kobietą. Jest też alkoholiczką, która, w przeciwieństwie do B. sama, bez pomocy specjalistów postanowiła zawalczyć o swoją trzeźwość. Jej najmłodszy syn ma 14 lat. D. chodzi do pracy, którą kocha. Przez lata oddawała się obowiązkom matki i żony. W końcu postanowiła to zmienić. Jednak z pracy, od września 2019 miała zostać zwolniona, ponieważ pracowała w zastępstwie.

Tamtego dnia zaprosiła mnie do siebie do domu. Opłaciła mi taksówkę, bym tylko przyjechał. Cieszyłem się na te spotkania. D. pomagała mi, choć też namówiła mnie na coś, czego bardzo żałuję. Była w bardzo złym stanie psychicznym. To było widać. Żaliła się na wszystko. To było we wtorek. W czwartek lub piątek dowiedziałem się, że następnego dnia, D. popełniła samobójstwo. Powiesiła się w swoim własnym domu. Przed śmiercią doświadczała omamów, prawdopodobnie znów piła. Do tego wpadła w hazard i uzależnienie od pożyczek. Straciła kontrolę nad wszystkim. Obiecała mi, tamtego dnia, kiedy rozmawiałem z nią osobiście po raz ostatni, że nic głupiego nie zrobi. Zrobiła a ja stałem się ofiarą Jej najbliższych, którzy nie potrafili uporać się z tragiczną śmiercią żony, matki, szwagierki, cioci. Nikt z rodziny D. nawet nie poinformował mnie o Jej śmierci. Do dziś czasami zastanawiam się, czy moja „przyjaciółka” zostawiła jakiś list a jeżeli tak, to co w nim napisała.

Nie zrobię nic, jestem winny

Rodzina D. chciała zemsty. Mimo, że minęły trzy lata nadal nie wiem, czy owa zemsta na mnie, za to, że rzekomo przyczyniłem się do jej samobójstwa, jeszcze się kiedyś nie ziści. Owszem, pomagałem Jej zaciągać kolejne pożyczki, ale nie brałem za to pośrednictwo ani złotówki. Jej Rodzina ma o to do mnie największy żal. Wobec przeszłości, nie jestem w stanie zrobić nic.

W oczach wielu ludzi jestem winny, ale D. bardzo ciepło wspominam. Była dojrzałą kobietą, tak samo pogubioną w swoim życiu jak ja. Towarzyszyła mi w codziennym życiu i może gdybym nie dał się jej wciągnąć w źle pojmowane pomaganie, dziś nikt nie wyzywałby mnie po kątach. Póki co, skończyło się na jednym liście od zrozpaczonej córki siostrzenicy D, która mieszka po sąsiedzku na tym samym osiedlu i na awanturze o ten list z jej matką, dzień po pogrzebie mojej „przyjaciółki”.

Wiem, że po jej śmierci, jakiś dramat wydarzył się w życiu jej najmłodszego syna. Na szczęście, chłopak, wygląda na to, że wyszedł na prostą. Czy to samo można powiedzieć o mnie?

Tego nauczyło mnie życie

Przechodzimy do meritum. Jeżeli nie chcesz zniszczyć sobie życia, słuchaj tych, którzy Ci dobrze życzą, którzy Cię kochają. W mojej historii na pewno jest to Brat. Z Siostrą niestety nie mam kontaktu. Ona po prostu wyrzuciła mnie ze swojego życia i miała do tego prawo. Może kiedyś nasze drogi w końcu się zejdą, nawet nie nowo, bo one nigdy tak naprawdę się nie zeszły.

Jeżeli nie chcesz zniszczyć sobie życia, wybieraj samotność zamiast toksycznych relacji z ludźmi, którzy ciągną Cię na dno. Odseparuj się od nich. Nikt z nas, wbrew pozorom, nie jest tak zupełnie, skrajnie samotny. Ktoś obok zawsze jest. Trzeba umieć tylko go dostrzec.

Nigdy nie zaciągaj pożyczek, kiedy nie jesteś ich w stanie spłacić. Długi rujnują nie tylko Twoje finanse ale także Twoją psychikę. Dziś jestem ekspertem od windykacji, pozwów o zapłatę, egzekucji komorniczych. Nigdy też nie pożyczaj, by móc pożyczyć innym! W końcu stracisz kontrolę, uzależnisz się od pewnych zachowań i emocji, prędzej niż myślisz, wpadniesz w spiralę zadłużenia a na końcu możesz zostać z nią zupełnie sam…

Doceniaj to, co masz. Ja potrafiłem za 500 zł sprzedać kolekcję płyt winylowych, niektóre były z pierwszych wydań, bo nie miałem pieniędzy na życie. Sprzedałem za bezcen coś, co nawet nie do końca a przynajmniej nie w pełni, należało do mnie. Nie doceniłem tego, co mam. Dziś wiem, że największym darem w życiu jest… spokój.

Wykorzystuj każdą szansę od losu. Ja tych szans miałem sporo. Większość z nich zaprzepaściłem a dzięki nim, mogłem być dzisiaj w zupełnie innym miejscu swojego życia. Mogłem zdobyć doświadczenia, dzięki którym byłbym dzisiaj (być może) zupełnie inną osobą, z zupełnie innym, może nieco lżejszym bagażem, który by mnie nie zatrzymał a pozwolił się rozwinąć i urosnąć w siłę, której teraz tak bardzo mi brakuje.

Niczego nie odkładaj na później. Uwierz mi, że z czasem będzie Ci coraz trudniej, coraz ciężej zaczynać od nowa. Nie robimy się coraz młodsi. Jeżeli w międzyczasie doświadczasz silnych stanów depresyjnych, naprawdę w niczym nie widzisz sensu, nic Ci się nie chce, wszystkiego się boisz, nosisz w sobie wszechogarniającą pustkę. W efekcie odkładasz wszystko na kiedyś tam a to kiedyś może trwać latami. Jeżeli więc możesz, nie odkładaj niczego na później.

Dotrzymuj danego słowa. Jest to o tyle ważne, że jeżeli mieszkasz w małej miejscowości, wszyscy Cię znają. Każdy Cię ocenia, ma jakieś zdanie, jakąś opinię na Twój temat. Jeżeli zawalisz raz, drugi, kolejny – nie masz tam życia. Jeżeli żyjesz w tej mieścinie przez 30 lat swojego życia, im dłużej tam funkcjonujesz, tym trudniej Ci to zmienić.

Bądź sobą! Nie udawaj kogoś, kim nie jesteś. Nie walcz na siłę o niczyją uwagę. Nie zalewaj ludzi falą negatywnych myśli, słów, czegokolwiek. Ja w ten sposób, myślę, że zabiłem co najmniej kilka znajomości. Może to nie było to, ale kiedy przyjrzałem się sobie z boku, stwierdziłem, że w sumie od kogoś takiego jak ja, tak negatywnego, też bym uciekł, prędzej czy później.

Doceń samego siebie. Doceniaj się za małe rzeczy, szczególnie za takie, za które nikt inny Cię nie doceni, bo przecież to nic takiego a jeżeli to nic takiego, to nie ma za co doceniać. Jeżeli tak myślisz, zaufaj mi i spróbuj małymi krokami zmieniać to myślenie. Pomoże Ci ono zbudować bardziej świadome a także szczęśliwe, spokojne życie.

Znajdź sobie pasję. Jeżeli coś lubisz robić, coś Cię kręci, idź w to bez wahania. Każdy z nas jest w czymś dobry. Nie wierz w to, że jesteś beznadziejny, beznadziejna, inny, inna – ja zakodowałem to sobie jeszcze w dzieciństwie i niczego innego poza tym nie widziałem. Odnalazłem się w pisaniu, trochę w spacerowaniu, słuchaniu podcastów. Nikt nie ma prawa mówić Ci, czym powinieneś się interesować. To, że ja lubię sprawy kryminalne, nie znaczy, że chcę kogoś zabić… Nie daj sobie wmówić, że to, czym się interesujesz, jest bezużyteczne. Są pasje niezrozumiałe ale żadna z nich nie jest bezużyteczna a już na pewno nie dla Ciebie.

Nie wchodź w żadne role. To jest bardzo ważne. Nie odgrywaj miłosiernego Samarytanina, jeżeli nie jesteś nim sam dla siebie. Pamiętaj, że aby pomóc innym, trzeba najpierw potrafić pomóc samemu sobie. Zbawianie świata jest niemożliwe, jeżeli w tym świecie sam siebie zatracisz. Poza tym tak czy tak nie da się go zbawić a my nie jesteśmy tutaj po to, by zbawiać kogokolwiek. Jesteśmy tutaj po to, by żyć najlepszą wersją własnej rzeczywistości.

Bądź wdzięczny za wszystko, co masz. Wdzięczność rodzi się ze świadomości. Skup się przede wszystkim na tym, na co zwykle nie zwracasz uwagi.

Bierz pod uwagę emocje. Nie analizuj tego, jak ktoś na Ciebie spojrzał, co Ci powiedział, jaki tembr miał jego głos… Tak się nakręcając, oszalejesz a jak nie, będziesz na całkiem dobrej drodze. Pomyśl, że nie tylko Ty składasz się z emocji i że one prędzej czy później opadają, „jak po wielkiej bitwie, kurz”… A wtedy, gwarantuję Ci, że jest inaczej.

Nie chcesz otwierać drzwi? To nie otwieraj. Mój Brat przekazał mi kiedyś życiową mądrość, mówiąc mi, że moje drzwi są moimi drzwiami i że mam prawo ich nie otwierać, kiedy nie mam na to ochoty. Zasadę tę, wprowadziłem w swoje życie aż zanadto. Chcę Ci jednak powiedzieć, że większość Twoich praw, otoczenie uzna za dziwactwa. Jeżeli jednak decydujesz się nie otwierać swoich drzwi przez dłuższy czas, daj znać, że wszystko z Tobą w porządku i że po prostu nie życzysz sobie niczyich wizyt. W przeciwnym razie, pewnego dnia, do Twoich drzwi mogą zapukać… strażacy.

Dostrzegaj pozytywy. Cóż, moja przeszłość dała się nie tylko mnie we znaki. Kilku innym osobom też. Pamiętaj, że poczucie winy nie jest cechą charakteru, to nie jest coś, co jest naturalnym stanem człowieka. Moja przeszłość ma jednak swoje pozytywne strony. Nie chcę o nich pisać, bo to dość osobiste kwestie, ale możesz się domyślić o co mi chodzi, uważnie czytając ten tekst. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jak to śpiewa Mrozu: „Daję słowo, wszystko było po coś”.

Zaakceptuj swoje emocje. One wydawać Ci się mogą nie do udźwignięcia, ale daj im czas, czas potrzebny, żeby opadły, żeby się uwolniły.

Nie karć się za pozytywne emocje. Są one potrzebne, by zachować pewną harmonię.

Słowo zakończenia

Radami, których mogę udzielić, można by zapełnić całą książkę. Na koniec, chcę wyrazić swoją nadzieję na to, iż być może ktoś z Was odnajdzie choćby małą cząstkę siebie w tym, co napisałem. Bardzo trudno odnaleźć samego siebie. Jeszcze trudniej go zaakceptować. Bardzo łatwo z kolei iść na łatwiznę. Bardzo łatwo też jest dać wrzucić się w pewne ograniczające ramy czy schematy. Trudno też znaleźć w sobie siłę i odwagę. Trudno odzyskać samego siebie, jeżeli się go straciło. Co jeszcze trudno zrobić? Uwierzyć w siebie, zobaczyć Światło w sobie. Trudno przyznać się przed sobą do prawdy, która jest najwyższą wibracją. Mam nadzieję, że przeczytacie ten bardzo długi tekst do końca, że go sobie przemyślicie i że znajdziecie w sobie to, czego ja, mam wrażenie, mimo wszystko, sam znaleźć nie potrafię. Nazwijcie to sobie jak chcecie. Dla mnie jest to przede wszystkim wiara w działanie i siła, by to działanie podjąć.

Autor: Michał Szewczyk – od 2016 roku związany z serwisem Giełda Tekstów. Copywriter piszący artykuły z zakresu psychologii, prawa, finansów oraz każdego innego tematu, który go zainspiruje. Lubi słuchać podcastów zarówno psychologicznych jak i kryminalnych, przedstawiających autentyczne zbrodnie lub niewyjaśnione zaginięcia. Pisanie stanowi nieodłączny element jego codzienności

Sprawdź: Co czyni człowieka silnym? 7 filarów odporności psychicznej – tajemnica wewnętrznej siły

Don`t copy text!